piątek, 11 marca 2016

Greece


Do tej pory Grecja kojarzyła mi się tylko z leżeniem tydzień na plaży popijając kolorowe drinki, dlatego kiedy znajomi zadzwonili z propozycją wycieczki byłam dość sceptycznie nastawiona. Na szczęście nasz wyjazd nie miał nic wspólnego z wylegiwaniem się bez sensu na słońcu. W 3 dni zwiedziliśmy całe Ateny, Pireus i przejechaliśmy autem (<3) część półwyspu Peloponez.




Wrażeń i przygód nie zliczę na palcach całej 4 osobowej ekipy i mogę śmiało powiedzieć, że Grecja to nie tylko plaża, chociaż na pewno brakowało nam jednego dnia do wylegiwania się w słońcu, zwłaszcza kiedy nasi znajomi zaczynali wtedy nowy semestr w śniegu i deszczu, co w sumie powinniśmy robić i my hihi.




 Każdy wyjazd musi mieć swój motyw przewodni, naszym była ławeczka. Zaliczyliśmy chyba każdą możliwą w Atenach i "okolicach". Przyznaje się bez bicia - uwielbiam ławki, i nie potrafię tego wytłumaczyć...













To był mój pierwszy raz nad morzem, nie licząc zatoki Gdańskiej, i oficjalnie się w nim zakochałam. Jako, że nie ma jeszcze sezonu, wszędzie było cicho i spokojnie. Naprawdę magicznie :)
Same Ateny, pomijając ogrom bohomazów na ścianach i oknach, są niezwykle klimatyczne. Zwłaszcza małe uliczki z kawiarenkami, które można spotkać na każdym kroku.




 Zwiedzaliśmy trochę jak koty, własnymi ścieżkami. I chyba urok tych zapomnianych miejsc, w których ludzie dziwili się na nasz widok, dodał całemu wyjazdowi tego czegoś.










Choć nie mam porównania, wydaje mi się, że planowanie podróży na własną rękę i "po swojemu" sprawia o wiele większą frajdę niż chodzenie za przewodnikiem albo po prostu odhaczenie kolejnego kraju jako, że się tam po prostu było siedząc na tyłku. Trzeba poczuć klimat. Ja poczułam, a uśmiech nie schodził mi z twarzy aż do momentu wylądowania w Warszawie, kiedy to wychodząc na zewnątrz zobaczyliśmy śnieg.